Aby zapłacić za prąd trzeba wkurzyć się najmocniej jak tylko się da. Najpierw stoisz nad potężna maszyną wydającą numerek i zastanawiasz się gdzie naprawdę musisz się udać żeby załatwić potrzebne sprawy. Kiedy już intelektualnie się wysyilisz i wjedziesz na salę spoglądasz na świstek, patrzysz na elektroniczną tablicę i twoje nerwy sięgają zenitu. Jeszcze 40 osób przed Tobą ,a na sali nie ma żadnego wolnego krzesła. Stoisz i obserwujesz śmigające numerki. Nagle kłótnia. Elektronika na pozór nie pomaga. Powód do zwady zawsze się znajdzie. Dostatecznie poddenerwowana(y) starasz nie myśleć o problemach innych. Stale śledzisz moment, w którym nastąpi Twoja kolej. Napięcie jak w dobrym filmie. Po długim czekaniu słyszysz hałas. To Pani w kasie użala się, że nie ma w ogolę drobnych i to nie jej wina. Wzburzona klientka krzyczy ” jak to nie pani, przecież nie moja”. Odwracasz wzrok od tej niemilej sytuacji patrzysz na tablicę i widzisz swój numerek.Eureka! Energicznym krokiem podbiegasz do stanowiska. Wiesz, że jeżeli nie zdarzysz do niego dotrzeć w określonym czasie całe czekanie pójdzie na marne. Radosna pani obsługuje cię z zacięciem, wiesz że spieszy jej sie do domu. Na koniec informuje, ze teraz należy ustawić się w kolejce do kasy, aby zapłacić zarejestrowany rachunek. I wszystko zaczyna się odnowa. Starszy pan wchodzi na salę, siada i dopiero po 10 minutach orientuje się, że kolejka sterowana jest elektronicznie. Żal tobie pana więc udzielasz mu szczegółowych wskazówek jak ma postąpić. Podchodzisz do kasy i realizujesz rachunek. Całe szczęście portfel dudni od blaszaków bo pani niemal skwierczy z wściekłości. Udało się.Wychodzisz, mocno zaciągasz się mroźnym powietrzem i wiesz, że godzina w elektrowni popsuła ci humor już na cały dzień.
