Po fatalnej nocy z prętem w gardle i okropnym samopoczuciu wczorajszego dnia dzisiaj oddycham z ulgą. Ostatni wolny weekend przede mną. Nie tknę nawet palcem, nie zrobię nic co byłoby sprzeczne z tym na co mam ochotę. Będę leżała piła dobre piwo, czytała książki , jadła i patrzyła w sufit bo drugiego takie weekendu do marca nie będzie już na pewno. W planie mam również jakieś małe zakupy na poprawienie humoru, a może kino i galaretka z bitą śmietaną. A niech mnie kule biją, chrzanić kalorie. W wyjątkowe dni należy robić wyjątkowe rzeczy nawet głupie i niedorzeczne:) Trzymajcie się cieplutko:)
Dzisiaj kiedy mój tata wrócił z pracy opowiedział mi to, w jaki sposób zachowałam się dzisiejszej nocy. Najlepsze jest to, że wraz z jego opowieścią powoli zaczęłam przypominać sobie całą sytuację, która miała miejsce. Otóż dzisiejszej nocy przyśniło mi się, że połknęłam stalowy pręt i zaczęłam się nim dusić. Widocznie sen wpłynął na mnie bardzo ponieważ wstałam z łóżka pobiegłam do rodziców odkrztuszając to okropne cholerstwo. Mój tata poderwał się na nogi. Myślał bowiem, że naprawdę zaczęłam się dusić. Kiedy zapytał co się dzieję ,odpowiedziałam mu, że w gardle utknęło mi coś metalowego. Wtedy tata zorientował się że to tylko głupi sen. Kazał mi wrócić do łóżka. W sumie nawet nie zdarzyłam dobrze sie do niego władować, a już zostałam wyrwana z letargu. Swobodnie przełknęłam ślinę i pręta ani śladu. Nie rozumiem dlaczego nieustannie śni mi się, że coś połykam. Jakiś czas temu w gardle stawały mi pierścionki, teraz pręty. Ludzie co się dzieję?Ja jestem chyba jakaś nienormalna?:)
Historia z labradorkiem zakończyła się niezbyt pomyślnie . Okazało się, że to straszny łobuz. Jego łagodniejszy i spokojniejszy braciszek niestety tego samego dnia odszukał nowych właścicieli. Nad wyraz nieposkromiony temperament pieska nie pozwolił Krzyśkowi go zabrać bo przecież w domu ma jeszcze kota i na pewno ugoda między nim, a nowym mieszkańcem nie wchodziłaby w grę. Trochę mi żal , że tak wyszło bo czarna kuleczka była naprawdę urocza i mocno wierzyłam, że będzie można ja tego samego dnia zabrać do domu. Swoją drogą bardzo mądre z mojej strony było to , że na spotkanie z pieskiem ubrałam nowy sweterek. Na szczęście mimo paru wyprutych nitek nadal wygląda imponująco.
Dzisiaj straszny pogoda dlatego czuję się fatalnie. Wróciłam z pracy i za chwilę położę się na godzinę spać, aby podładować akumulatory. Mam nadzieję, że pomoże bo jeszcze dzisiaj przede mną pisanie pracy zaliczeniowej na edukacje matematyczną oraz zebranie nauczycieli w pracy.
Dzisiaj w południe Ola przesłała mi zdjęcia szczeniaczków oczekujących na nowego właściciela. Piękne, małe, czarne kuleczki. Długo nie musiałam się zastanawiać do kogo może powędrować mały labradorek. Pierwszą osobą, która przyszła mi na myśl był Krzysiek. Szybko wysłałam mu zdjęcia. Już dzisiaj około 20 jedziemy obejrzeć te małe chodzące cuda i może już dzisiaj wieczorem pieski znajdą swój dom. Jestem strasznie podekscytowana i cieszę się, że sprawy potoczyły się tak szybko. Od zawsze marzyłam aby mieć swojego czworonożnego przyjaciela. Niestety mieszkam na czwartym piętrze w samym środku miasta. Myślę, że tutaj pies by się strasznie męczył. Nie wspominając już o tym, że zupełnie brakuje tu miejsc na spacery. Teraz być może będę mamą chrzestną czarnej kuleczki. Bywam u Krzyska często więc mylę, że nacieszę się nią na całego.
Trochę mnie poniosło. W sumie nie do końca jestem jeszcze pewna czy Krzysiek zdecyduje się na tego pieska. Już sobie tak to wszystko poukładałam w głowie, że chyba nie przewiduje innego rozwiązania. Wkrótce się odezwę:)
Niestety w piątek mój komputer zachorował i musiał odwiedzić lekarza stąd moja nieobecność na blogu przez 4 dni. Od czasu kiedy zostałam po chamsku odcięta od siedzi prześladuje mnie nieustanny pech. Funkcjonuję jak zaczarowana. Roztargnienie owładnęło moja osobę. Letarg i totalne rozdrażnienie. Jestem zawiedziona, chodzę jak struta , czuję się fatalnie. Zawiodłam sie na wszystkich. Ironia losu , bo zawiodłam się nawet na sobie.To takie nieprzyjemne uczucie, nieprzyjemne jak piątkowe urodziny. Takie suche, bez wyrazu, totalnie dołujące, nic nie wnoszące, smutne.I gdyby nie Ty to byłaby samotność, cisza i wzdychanie do samej siebie. Z drugiej strony to chyba znak, podpowiada mi: nie przykładaj sie, nie walcz o innych, nie dbaj o daty. Ja chyba rozwiodłam się z samą sobą.
